I komunia... albo psikus.

Słynne powiedzenie mówi, że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Trudno powiedzieć, aby autor tych słów, Alexis de Tocqueville, XIXw francuski myśliciel, socjolog i polityk w jednym, nie miał racji. Ja bym je dzisiaj trochę zmodyfikował: Mądrość jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się mądrość drugiego. Swoją drogą, ciekawe, jak dzisiaj by opisywał świat Pan Alexis, gdyby przeczytał niektóre fragmenty naszych dyskusji „fejsbukowych”.  Skąd taki temat? Jak zwykle: życie, ludzie, problemy ludzi pierwszego świata. A dzisiaj będzie o tym, że według niektórych rodziców, ich wolność nie kończy się nigdzie. W szczególności, jeżeli na drugiej szali położymy wolność dziecka.

Artykuł, który mnie zmobilizował do napisania tego tekstu, znajduje się tutaj.

Trudno mi było skleić w ostatnich miesiącach nowy wpis. Ma to związek nie tylko z tym że naprawdę brakuje mi czasu (oraz sił), ale ludzie dookoła się zmienili w taki sposób, że sam nie wiem, jak oceniać dzisiejszy świat, dzisiejszą Polskę, Polaków, czy nawet najbliższych.

Świadomość, że otaczają mnie ludzie, dla których największą wartością są pieniądze, zniechęca do jakiejkolwiek aktywności. Ale nie o tym dzisiaj.

Co mnie tak naprawdę poruszyło w ostatnich dniach?

Wyciągnięty z odmętów Internetu temat o tym, w którym to rodzice podpowiadają sobie, jak zmusić dziecko do religii, do uczestnictwa w I komunii. Oczywiście, każdy przypadek jest inny. Każdy przypadek powinien być przerobiony z osobna. A jednak… nie sam wątek mnie przeraża, ale podpowiedzi innych rodziców, którzy w komentarzach nie przebierali ani w słowach, ani w metodach. Kiedy próbuję rozmawiać z „katolikami”, to często odwołują się oni do wartości, do nauk poszczególnych papieży, opowiadają o miłości, do więzów rodzinnych.

Co czytamy w komentarzach?

Przemoc psychiczna; przemoc fizyczna; szantaż; podważenie prawa dziecka, jako człowieka;

To tylko niektóre wnioski wypływające z podpowiedzi, jakich wzajemnie sobie udzielają tacy „rodzice”.

A ja im wszystkim odpowiadam: MYLICIE SIĘ !!!

Nie zamierzam nikogo pouczać, namawiać do czegokolwiek, czy też zachęcać do zmiany stanowiska w sprawie. Wyrażę tylko swoją opinię w temacie, które przez całe moje życie, był bardzo istotny, a pozbawienie mnie prawa do decydowaniu o moim życiu duchowym, było kluczowe i odcisnęło ogromne piętno na relacjach z moimi rodzicami w wielu dorosłym.

Tematem jest oczywiście RELIGIA.  A dokładniej: „Moje dziecko nie chce uczestniczyć w sakramencie I Komunii, jak je zmusić?”

Rozumiecie? ZMUSIĆ !!

Oczywiście, że wychowanie dziecka, to najtrudniejszy etat, jaki dorosły człowiek bierze na swoje plecy. Można przerzuć tony kamieni, zbudować setki domów, napisać tysiące programów, wyleczyć tysiące ludzi, i można przegrać przyszłość swoich dzieci, o ile zależy nam na ich pełnym szczęściu w dorosłym życiu. Mowa oczywiście, o szczęściu nie tylko materialnym.

Na całe szczęście, są i tacy rodzice, którzy nie podzielają opinii owych „przymuszaczy” do wszystkiego, i chociaż są oni w mniejszości (przynajmniej w komentarzach), to jest to jakaś ulga, że nie tylko dla mnie dziecko jest wolnym człowiekiem.

Dlaczego uważam, że owi „katolicy” się mylą?

Jestem typowym przedstawicielem takiej rodziny, dla której „wartości katolickie” są kierunkowskazami. Oczywiście, były to „wartości” typowo polskie. Wychowanie nie polegało na dialogu, zrozumieniu swoich potrzeb, wysłuchaniem racji, ale na tym, że jak czegoś nie zrobię, albo zrobię nie tak, jak sobie rodziciele wymyślili, to pasek jest zawsze w gotowości.

To tyczyło się także sprawy wyznania.

Nigdy nie wierzyłem w bajki katolickie, nie wierzyłem w nieomylność kościoła katolickiego, a dowodów na to, że to wszystko są bajki, miałem od najmłodszych lat. Babcia była gospodynią u Franciszkanów, a rodzice z nimi handlowali. Ile widziałem libacji alkoholowych z udziałem „ojców” to głowa mała. Był poker, alkohol, łamanie wszelkich przykazań i nakazów kościelnych…. I jak to powiedział mi wtedy jeden z przełożonych owych ojców, u mnie w domu, kiedy to opróżnił kolejny kieliszek: przykazania i zasady są dla ludu, a nie dla pasterzy.

Wróćmy jednak do głównego tematu. 

 

Moje córki nie chodzą na religię,

Natka obecnie w szóstej klasie,

a Dorotka idzie do pierwszej klasy.

Obie nie są ochrzczone.

Nie widzę powodu,

dla którego miałyby być.

 

Kiedy rozmawiamy o Bogu, o sprawach Ducha, rozmawiamy o człowieku, jako istocie żyjącej w zgodzie z prawami Natury, z poszanowaniem praw drugiego człowieka, z poszanowaniem dla zwierząt. Ot po prostu: życie w harmonii ze światem, jaki nas – ludzi otacza.

Nasze dzieci wiedzą, że nie ma jednej religii na świecie, że są ludzie różnych wyznań, nawet jeżeli wierzą w tego samego Jezusa, Mahometa, Torę, czy Buddę. Co najważniejsze, wiedzą, że człowiek wartości ma wpisane w serce, a nie w katechizm, czy książeczkę do nabożeństwa. Wartości te są ponad Biblią, Koranem, bębenkami modlitewnymi. Wiedzą również, że żadna religia nie jest bardziej wartościowa od innych. Nie ma religii lepszej od innych. Wszystkie religie mają swoje ofiary, śmierć, krew, prześladowania innych…

I tutaj czas napisać: Mylicie się po raz PIERWSZY!

Ogromna grupa „katolików” wychodzi z założenia, że chrzest, I komunia, bierzmowanie, a potem niech sobie dziecko wybierze. Otóż nie. Chrzest jest to wpisanie w księgi kościoła, i nie ma żadnej możliwości się z nich wypisać. Ot ciekawostka! Wiem, bo przeprowadzając proces apostazji, tego jednego nie załatwiłem, nawet po wysłaniu pisma do Watykanu.

Sprytne, prawda? Ci ludzie nie zauważają, że mają w swoich wnioskach ogromną sprzeczność: Najpierw organizują swoim dzieciom wszystkie sakramenty, a kiedy już nie mają żadnego wyboru, informują, że w sumie mogą sobie wybrać.

Mylicie się po raz DRUGI!

Wystarczy tylko pobieżnie przeczytać te wszystkie komentarze, aby zrozumieć, że wycofanie się Polski z konwencji antyprzemocowej, to fatalny pomysł. Podpowiedzi niektórych rodziców?

Dziecka nie ma prawa o sobie decydować do ukończenia 18 lat;

Dać pasem kilka razy, to zrozumie;

Jak dziecko nie chce być wierzące, to oddać do domu dziecka;

Kupić dziecku kilka lalek, bo kto wie? Może już wierzy w ideologię LGBT;

 

Czy tak może wyglądać szczęśliwy dom?

Czy dom, w którym wisi krzyż na ścianie, a pas jest w ruchu, może być domem, z którego młody człowiek, może wynieść jakiekolwiek „wartości”? Nie wierzyłem, że w dobie XXI w. mogą istnieć rodzice, którzy z powodu braku wiary są w stanie pozbyć się dziecka, bo nie spełnia jakiegoś punktu. Nie wielu chce zrozumieć, że przemoc rodzi przemoc, że awantury nie budują więzi, a zmuszanie do wszystkiego nie przynosi efektu. Jeszcze nikt nigdy nie osiągnął sukcesu takimi metodami. Nie wieszczę więc sukcesu i w takich przypadkach. Zresztą, nie czuję żadnej więzi z ludźmi, dla których dialog z dzieckiem ma opierać się tylko na stawianiu żądań. Czy to znaczy, że takie dziecko jest wychowywane bez zasad? Wszystko mu wolno? Oczywiście, że nie. Lepiej jednak dawać przykład, a nie udawać rodzica.

 

             

 

Mylicie się po raz TRZECI!

Wśród komentujących, sporą grupę stanowili „rodzice”, dla których młody człowiek, w tym przypadku dziesięciolatek, nie ma żadnego pojęcia o świecie, o tym, czego potrzebuje, o tym, co by chciało robić. To nawet nie pytam, czy w ogóle się pytają, gdzie dziecko chce jechać na wakacje, jakie ma marzenia, co chce zobaczyć.

Kierunek wychowania – fatalny.

Czy to znaczy, że My, Rodzice, mamy rezygnować ze swoich marzeń? Absolutnie. Jak już napisałem powyżej, nie nakazami, nie zmuszaniem, ale przykładem można zarazić dziecko do przeżywania wspólnych przygód, wakacji, organizować wycieczki, wyprawy…

Czy w związku z tym, jest sens zmuszać dziecko do praktyki religijnej, pomimo wszystko? Nie.

Nawet najbardziej religijni rodzice, zasiadający w pierwszych ławach, noszący monstrancje na procesjach, nie zmobilizują swoich dzieci, jeżeli owa religijność pozostanie tylko w obrębie samego kościoła. Czyż nie?

Pewnie za chwilę pojawią się osoby, które zarzucą mi, że pewnie i tak zmuszam swoje dzieci do tego, aby wstały do szkoły, do przedszkola… Że zmuszam je do porządkowania w pokoju… Oczywiście, różnie z tym bywa. Nie na wszystko mają ochotę. Nie zmuszam Natki do odrabiania lekcji. Pozostawiam jej takie decyzje. Na całe szczęście, zauważyła, że brak zadania domowego, nieposprzątanie w pokoju, niesie za sobą konkretne konsekwencje. Nie, nie są to konsekwencje w domu. Brak zadania domowego to ocena niedostateczna, a brak porządku w pokoju, to brak ukochanego petshopa, czy książki. Brak pozmywanych naczyń, to brak pojemnika do zrobienia kakao, zjedzenia posiłku… A nie wyprowadzenie psa wieczorem zostawia niespodziankę w postaci psiej kupy przy łóżku.

Ot, codzienne sprawy.

 

Wychowanie bezstresowe, to wychowanie obejmujące proste zasady.

Wymaga ono od rodziców pełne zaangażowanie się w sprawy dziecka, domu.

A co najważniejsze, samo dziecko w końcu zauważa,

że jego zdanie się liczy i traktuje dom rodzinny o wiele bardziej dojrzale,

niż dziecko, dla którego albo jakieś zasady, albo wpierdol.

 

Mylicie się po raz CZWARTY!

Dziecko nie jest własnością rodziców, w co absolutnie wierzy 100% „katolików”, o których mowa w tekście. Moje dzieci są na świecie z tego prostego powodu, że chcieliśmy, aby były na tym świecie. Nie oczekujemy od nich wdzięczności za to, że pojawiły się w naszej rodzinie. Jedyną rzecz, za którą moje dzieci mogą odczuwać wdzięczność, to moja miłość do nich, zaangażowanie w ich sprawy, pomoc w rozwiązaniu ich problemów. Jeżeli zawiodę na tej płaszczyźnie, to jeżeli nawet dzięki pieniądzom, ukończą najlepsze studia na świecie, będą wybitnymi lekarzami, pisarzami, to i tak je zawiodę. Dom, gdzie jest chłodno, zawsze będzie przypominał kostnice. Za wszystko inne nie oczekuję wdzięczności, bo ta cała reszta, to mój obowiązek, a nie czynności, przez które mam wypinać pierś do orderu. Moje córki nigdy nie będą moją własnością. Nigdy nie będę podejmował za nie najważniejszych decyzji. Nie będę im wybierał szkół, mężów, nie będę namawiał do takich czy innych sakramentów. Chcę być takim tatą, który będzie je wspierał na drodze ich życia. Oczywiście, nie będę z nimi popełniał przestępstw. Jeżeli takowe by się przytrafiły.

 

         

 

 

 

 

 

Mylicie się po raz PIĄTY!

Najpierw czytam, jak to wielu rodziców opowiada o materializmie dzieci idących do I komunii. Potem czytam, jak to wielu proponuje deal: pójdziesz do I komunii, to dostaniesz małe wesele w prezencie, plus gadżety. Nie będę rozwijał tego wątku. Dla mnie jest to uwłaczanie wszystkiemu, w co wierzyć powinien przyzwoity człowiek.

 

Zdaję sobie sprawę, że spora ilość wątków, jakie poruszyłem, to wierzchołek góry lodowej.

Martwi mnie to, że od kilku lat odsetek ludzi, którzy nie uznają innej formy wychowania, jak klaps, laczek, zmuszanie, rośnie…

 

 

 

Odsłony: 285

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy Odśwież

Mam to co mam i jestem szczęśliwy

Straciłem to co straciłem i nadal jestem szczęśliwy