Oślepłem, krótka rozprawa o wyższości treści pisanej, nad filmową.

Mam często takie wrażenie, szczególnie wtedy, kiedy czytam książkę po obejrzeniu filmu, że to, co czytam: treść, opis postaci, miejsc, opisy akcji, mam już za sobą, że już to przeżyłem. Czy można wygrać w wątku, co jest „lepsze”: książka czy film? Zapraszam do osobistej rozprawy na ten temat, który od zawsze jest dla mnie wielką zagadką: Jak to się dzieje, że książki zajmują o wiele więcej czasu, niż ekranizacja, a w sumie opowiadają dokładnie o tym samym. A może nie mam racji?

Pomimo tego, że pierwsze ekranizacje książek, jakie pamiętam, to byli „Krzyżacy” pana Forda, to był „Pan Samochodzik i Templariusze”, później „Potop”, „Ziemia obiecana”, to skupię się na tym, co w ostatnich latach obejrzałem, a potem przeczytałem. Ze smutkiem odniosę się do tego, dlaczego popełniłem błąd, że w takiej kolejności, a na koniec, ocenię swoim mało obiektywnym okiem, jak się  ekranizuje w Polsce, a jak np. wygląda to w przypadku Szwecji.

Nie odkryję żadnej ameryki, jeżeli napiszę, że nie jestem pierwszym na świecie, który się nad tym zastanawia.

Przyznam się szczerze, że ten tekst dojrzewał we mnie, już od bardzo długiego czasu, a kolejne jego elementy dołączały się pod wpływem przeczytanych wielu dyskusji facebookowych, powodujących u mnie przeróżne emocje. Czasami były to bardzo skrajne emocje.

Po pierwsze: Książka.

Zdarzają się takie przypadki, że na podstawie filmu powstaje książka. Nie znalazłem innego wyjaśnienia celu, jaki przyświecał autorom, poza ewentualnymi profitami finansowymi. Nie są to słowa bez pokrycia, ponieważ popełniłem taką zbrodnię, i „zmierzyłem się” z takim „dziełem”. Pozwolę sobie nie przytaczać tytułu, bo po co?

Po drugie: Książka.

Świat literacki, bogaty w ilustracje, rozbudza wyobraźnię, rozbudza zmysły, rozbudza emocje. Z tym nie zamierzam dyskutować, bo to oczywista oczywistość, jak mawia klasyk. Kiedy zaczynam czytać nową pozycję, to tak jakoś mam, że już po trzydziestu-czterdziestu stronach wiem, czy dobrnę do końca, że będzie to podróż, o której nie zapomnę, którą będę długo wspominał. Kupując książkę, biorąc do ręki z półki konkretny tytuł, to można powiedzieć, że zawieram umowę z autorem, że nie będę żałował wydanych pieniędzy, poświęconego czasu, straconej energii. Ta umowa powinna być korzystna obustronnie. Autor wie, że dzięki temu, że ja kupuję, on otrzymuje wynagrodzenie za swoją pracę, jest doceniony, a co za tym idzie, tworzy kolejne wersy, nie martwiąc się o to, czy wystarczy mu do pierwszego. Tak, to bardzo uczciwy kontrakt. Wiadomo, że nie zawieramy takowych bezpośrednie z pisarzami, poetami, ale w wielkim skrócie, może tak to wyglądać. Książki, to pokarm dla ducha. Połykając kolejne wersy, uzupełniam braki wewnętrznego siebie, starając się przy tym  nie uronić ani kropli.


Nie wiele jest miejsc na świecie, których bym nie odwiedził tylko dlatego, że zechciałem wziąć do ręki Sienkiewicza, Żulczyka, Żeromskiego, Reymonta, Larssona, Browna, Mickiewicza, Słowackiego, Dostojewskiego, Tokarczuk, Coelho… Można tutaj wymieniać jeszcze długo i się nie zmęczyć.


Bardzo mnie fascynuje sposób, w jaki Pisarze, Poeci, postrzegają miejsca, które chcą pokazać swoim czytelnikom. Jak to się dzieje, że wiele tych samych miast, wsi, gór, mórz, zupełnie inaczej wyglądają, bo są opisane przez dwie, a może i trzy różne osoby? Prawda? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, stąd ogromne różnice w obrazowaniu polskiej wsi przez Jana Kochanowskiego, a inny przez chłopa pracującego na polu swojego właściciela. Tak czy inaczej, literatura jest absolutnie nieskończona, bo ludzka wyobraźnia jest tworem bez początku i bez końca.

I w tym momencie, wybieramy się na film.

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie oskarżam produkcji filmowych o to, że zabijają ducha literatury. Wcześniej odniosłem się do tego, że film jest w stanie przedstawić nam treść całej książki w przeciągu dwóch, no może zająć to dwie i pół godziny. O ile nie jest to emisja w znanej prywatnej telewizji. Zapytała mnie kiedyś córka, jak to się dzieje. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy odpowiedź jest zgodna z rzeczywistością, ale po krótce, to tylko tyle, że w filmie wiele opisów, jest zwyczajnie scenografią, którą widzimy, a w książce, trzeba poświęcić czas, aby opisać to wszystko, o czym nas autor chce powiadomić. Stąd książkę czyta się czasami kilka dni, jeżeli ma się czas, albo tygodni, jeżeli tego czasu nie ma za wiele, a nie potrafimy czytać szybko ze zrozumieniem. Scenę, którą tworzy Pisarz na kilkudziesięciu stronach, w filmie można pokazać w kilkadziesiąt sekund. Chociaż zdarzają się takie wypadki, gdzie akurat scena filmowa robi większe wrażenie. Jednymi z moich ulubionych takich wypadków, jest przemarsz wojsk szwedzkich, w ekranizacji „Potopu”, bitwa pod Grunwaldem. Robią wrażenie i tutaj Sienkiewicz musi pogodzić się z porażką. Z drugiej strony, moim zdaniem, żaden reżyser, scenarzysta, aktor, nie jest w stanie oddać głębi opisu, z jakim u Sienkiewicza stykam się przy każdej możliwej okazji.

Filmowcy, niestety, bardzo często chadzają na skróty. Piszę o tym z żalem i spotykam się z tym w każdej ekranizacji. Z wyjątkiem ekranizacji „Millenium”, tej serialowej, tej szwedzkiej. Jest także wersja amerykańska, ale jak dla mnie, nie zasługuje na większą uwagę, bo jak dla mnie, w niej nic się nie klei tak, jak się to klei w książce, a główna postać, Lisbeth, to w amerykańskiej wersji, to już totalne nieporozumienie. Nie popełniłem błędu i jako pierwsza na warsztat trafiła książka. Stąd mój autentyczny podziw dla tego, co z książką zrobili Szwedzi. Pewnie dlatego, że jest to dzieło szwedzkiego pisarza, i jak mało kto, zrobili film po szwedzku, rozumieli lepiej szwedzki system prawny, system władzy, system działania mediów. Pomógł im Larsson swoim arcydziełem (kompletnie schrzanionym jego kontynuacją przez innego Pisarza), ale jednak trzeba rozumieć, żyć w danym kraju, aby w pełni przekazać to, co się chce przekazać, w taki sposób, aby to zrozumieli wszyscy dookoła.


Donald Tusk "Szczerze"

Joanna Kuciel - Frydryszak "Służące do wszystkiego"

Anna Ficner - Ogonowska "Okruch"

Przemysław Polus "Radosny Tata" "Czytasz Książki?"


 

 

Trochę to tak, jak we wspomnieniach Marka Kondrata, z jego epizodu pracy we francuskim teatrze: nie wystarczy mówić w języku ludzi miejscowych, jeżeli nie rozumie się ich samych, nie chodzi się w ich „butach”. Można wszystko zagrać, ale nie czuć kompletnie tego, co się gra.

W naszej rodzimej kinematografii nie brakuje wielkich arcydzieł filmowych, oddających hołd Pisarzom, hitami filmowymi. Wspomniany „Potop”, ale i „Krzyżacy”, „Pan Wołodyjowski”, „Ziemia Obiecana”… „Ziemia Obiecana”: no właśnie. Przyznam, że cały czas mam wiele żalu do Andrzeja Wajdy, że odważył się na tak poważną ingerencję w treść książki. Nie chodzi mi o wycięcie wielu scen, bo siłą rzeczy, tego wszystkiego nie dało się upchnąć w jeden film. To byłoby nie możliwe, ale zdecydować się na sfilmowanie scen, których zwyczajnie nie było książce? Przyznam się szczerze, że to jeden z tych przypadków, gdzie książkę przeczytałem później, i do dzisiaj sobie zadaję pytanie: „dlaczego”; „Czy to w ogóle dozwolone?” Chciałem zapytać o to osobiście Pana Andrzeja, podczas jednego ze spotkań ASP, odbywającego się przy okazji Przystanku, kolejka chętnych do zadania pytań była tak duża, że nie było na to żadnej szansy. Uważam takie rzeczy, za absolutnie niedopuszczalne. Tym bardziej, jeżeli mowa jest o najważniejszych dziełach literatury.

 

Najpierw słowo pisane – później film.

Tak. To moja osobista recepta. Skoro recepta, to najpierw musiała być choroba. I była. Kilkukrotnie włączyłem sobie najpierw film, a dopiero później przeczytałem książkę. Efekt był tego taki, że nie potrafiłem sobie wyobrazić świata, jaki budował Pisarz, Poeta, a widziałem scenografię filmową, bohaterów, sceny aranżowane przez nich, czytając dialogi, widziałem, jak poruszają się ich usta. Tak miałem z „Harrym Potterem”, „Ślepnąc od Świateł”, „Królem”, „Pokotem”, wspomnianą „Ziemią Obiecaną”, „Władcą Pierścieni – Drużyną Pierścienia” (w tym ostatnim przypadku, resztę najpierw przeczytałem, a dopiero później obejrzałem), i wieloma jeszcze innymi mniej lub bardziej znanymi filmami, czy serialami. Sam siebie zaskoczyłem, kiedy jednocześnie oglądałem kolejne odcinki „Żmijowiska”, i jednocześnie czytałem książkę. Frajda niesamowita.

Muszę jednak przyznać, że dzisiejsze ekranizacje są o wiele bardziej wierne fundamentom, na których powstają.  Na samym początku napisałem, że nie będę pisał o filmach powstających w innych krajach, ale mam takie wrażenie, że wszystkie ekranizacje książek Dana Browna, opowiadające szereg niesamowitych przygód Roberta Langdona, są bardzo dokładnie przełożone na film. Nie ma tam zbyt wiele dodatków ani także nie za wiele jest ujęte z tego, co Pisarz zamieścił pomiędzy okładkami. I oczywiście, nie są to pojedyncze przypadki. Nie można narzekać na ekranizację serii o najpierw młodym czarodzieju, czy pewnej dziewczynie, która zakochana w wampirze, postanawia przejść na jego stronę mocy. Tak, te książki także nie odbiegają od swoich książkowych oryginałów, i chwałą twórcom filmowym za takie decyzje. I wiecie co? Osobiście uważam, że im bardziej film jest wierny książce, tym bardziej wciąga, jest ciekawszy. Jak zaczynają być dodatki, to wychodzi nam z tego jakaś taka pizza wegetariańska. Z szynką i boczkiem.

Już tak nie robię. Nie oglądam filmu wcześniej, zanim przeczytam książkę, jeżeli wiem, że takowa istnieje. Mogę wtedy sam ocenić, czy to twórcy filmowi dotrzymali poziom książce, czy też nie.  Wyleczyłem się z czytania skrótów, bo także i taka mnie porada dopadła, abym najpierw przeczytał skróty, a potem będę widział, czy książka mi przypadnie do gustu. Wyleczyłem się także z kierowania się opiniami na temat książek. Ilu nas jest na świecie, tyle jest gustów. Nie ma możliwości, abyśmy wszyscy razem mieli podobne gusta. Podobnie mam z wszelkimi rankingami, plebiscytami, bestsellerami, gdzie w zdecydowanej większości rządzą „365 dni” i tajemnicze „Twarze Greya” w obu przypadkach, obu autorów, nie za bardzo miało mnie co ująć. (Tak wiem, bo czytałem, książka „365…” ma ciut inne zakończenie niż film – to tak napiszę od razu, bo taka jedna Pani próbowała mnie wyśmiać kiedy podjąłem temat książki/filmu).

Można powiedzieć, że ten temat nie jest wyczerpany. Nigdy nie będzie.

A przecież jest jeszcze teatr, są sztuki teatralne przenoszone do filmu, jest genialna sztuka „Rzeź”, którą lata później Polański przeniósł do świata filmu… Nikt nigdy nie powiedział, że literatura zamyka się tylko pomiędzy okładkami. Czy to miękkimi, czy twardymi, to także osobiste gusta, a z gustami, tak jak z kobietami, kiedy to mają trudne dni, się nie dyskutuje.

Odsłony: 152

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy Odśwież